Celuj w głowę czyli „World War Z”

Jeżeli miałbym opisać kulturę zachodnią w jednym zdaniu, to powiedziałbym, że ma bzika na punkcie śmierci. Od średniowiecznego memento mori do romantycznej tematyki przemijania nie ma takiego okresu, kiedy ludzie nie fascynowali się śmiercią. Moda na zombie to tylko współczesny przykład naszego zainteresowania trupami.

Rok 2010, wioska gdzieś środkowych Chinach, stary lekarz ciągle trzymający czerwoną książeczkę przy sercu i młodzieniec, który choruje na specyficzną odmianę wścieklizny – to jeden z pierwszych obrazków w książce Maxa Brooksa o apokalipsie chodzących zwłok. Tytuł mogłoby się wydawać taki jak setki innych po nim i przed nim. Temat Zombie to tani sposób na szybki hajs. Prawda? Otóż nie. Nigdy nie przeczytacie czegoś takiego jak to cudo literatury.

Zaczyna od przedmowy pewnego anonimowego pracownika ONZ. Kryzys został oficjalnie opanowany dziesięć lat temu, życie powoli wraca do jako takiej normalności. Ktoś musi spisać najważniejsze daty z Wojny Z, jak nazywa się tę całą apokalipsę. Nasz protagonista zawiedziony tym, że w swoim raporcie nie może przekazać uczuć, tylko suche daty i wydarzenia, postanawia wydać książkę, która zawierać będzie wspomnienia różnych ludzi, którzy przeżyli wojnę. Wszystko to będzie przekazane razem z całym ich bagażem emocjonalnym, który ma ponoć zrozumieć, jak naprawdę żyło się w tamtych czasach. Tak więc zaczynamy podróż z głównym bohaterem od USA do Japonii, od pacjenta zero do oficjalnego ogłoszenia zwycięstwa, od doradcy amerykańskiego prezydenta do niewidomego żebraka/mnicha.

Chociaż nazywanie bohatera protagonistą nie jest do końca słuszne. On, tak samo jak my, jest tylko słuchaczem. Jego wkładem jest tylko wprowadzenie na początku każdego rozdziału i ewentualne pytania pomocnicze. Prawdziwymi bohaterami są ludzie z krwi i kości, opowiadający zaledwie jedną z historii ze skrawka świata. I to mi się chyba najbardziej podoba: to jak bardzo osobiste są te historie. Pomiędzy wielką polityką i decyzjami o losie całego świata mamy coś tak pozornie mało znaczącego jak opowieść o dziewczynce, która wraz z rodziną schowała się w kościele.

Drugą największą zaletą jest różnorodność. Chcecie wiedzieć, co się działo przez te 10 lat na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej? Proszę bardzo. Ciekawi was to, jak miewa się człowiek, który zbił fortunę na szczepionkach przeciwko zarazie (pomińmy tu dyskusję o ich skuteczności)? Książka pozwala poznać nowy świat, a nawet wykracza poza ziemską atmosferę. Widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie, co może czasem nas wprawiać w trudności ze zrozumieniem. Ale może to nawet dobrze, w końcu tak samo jest z normalną historią. Nigdy nie możemy być pewni przeszłości na 100%.

No i umówmy się: Max Brooks to nie jest jakiś pierwszy lepszy grafoman z wybujałą wyobraźnią. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jakiej wiedzy z zakresu polityki międzynarodowej, ekonomii, militariów, psychologii, techniki czy nawet ekologii potrzeba było to napisania czegoś takiego. Cytat „Chce pan wiedzieć, kto naprawdę przegrał Wojnę Z? Wieloryby. Nie miały szans.” daje do myślenia.

Największą różnicą między World War Z a typowym-produktem-z-zombiakami jest wydźwięk całości. W każdym filmie/grze video/książce ludzie, czyli bohaterowie, starają się co najwyżej przeżyć. Najczęściej z marnym skutkiem. Tutaj, mimo tych wszystkich strasznych wydarzeń, ludzie zdołali się podnieść. Ludzkość przestała się chować po szafach ze strachem przed truposzami. Z dumą w oczach powstała z kolan co prawda: zdziesiątkowana, brudna i ze świadomością, że to wszystko może się powtórzyć. Ale stoi. Na dwóch nogach. O własnych siłach.

Wojtek Bogacki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s