Z Kronik Króla Trazymeńskiego (Wyjątek 1)

WYJĄTEK 1: AROGANCJA

Górskie wodospady cichym i spokojnym rytmem toczyły swe wody do rzek leniwie płynących wśród lasów i trzęsawisk. Rozległe równiny porośnięte lasami i gęstwinami były wypełnione bujną i pachnącą roślinnością. Pomału zbliżała się wiosna i opustoszałe na zimę łąki znów mogły obrodzić pięknym kolorowym kwieciem, gałęzie zaś drzew powoli obrastały w pąki i liście. Nie minęło wiele czasu, by mroźna pora roku opuściła dolinę, zgarniając swój śnieżny płaszcz z tamtejszych pól.
Na skraju czarnego pagórka dało się zauważyć biało-czerwoną istotę, której głowa odchylona do tyłu przyglądała się temu ogrodowi natury. Co jakiś czas pogrążała się w zamyśleniu i przyglądała się tęczy, odbijającej się na nieboskłonie. Wędrowała za skałami, na których snuła swoje fantazje. Nie upłynęło wiele czasu, a już można było ujrzeć ją, jak wolnym krokiem spaceruje wzdłuż rzeczki w stronę niedalekiej polany. Gdy już się tam znalazła, można było zobaczyć jej sylwetkę w całej okazałości. Był to młody mężczyzna. Przysiadł w tym miejscu polany, w którym położony był porośnięty mchem głaz. Miał on takie idealne rozmiary, że młodzieniec mógł się na nim oprzeć jak na zwykłym stole i w dalszym ciągu przypatrywać się dziełom stworzenia z wygodnej perspektywy. Nie przeszkadzała mu w tym burza ciemnych rozwichrzonych jak u stracha na wróble włosów, które okalały jego wiecznie zamyśloną i skupioną twarz. Miał przenikliwe, rozmarzone, wściekle błyszczące oczy, które zdawały się być ogniskiem niespożytej energii.
Jego wzrok spoczął na dziwnym kondukcie, który gnał wyraźnie w jego stronę. Zerwał się z miejsca i przytknął rękę do oczu. Na twarzy odmalował się wyraz nieufności i goryczy, wstrętu i pogardy, jego usta wykrzywiły się w nienawistnym grymasie. Złożył ręce i w skupieniu obserwował, jak kłębowisko powozów i koni prędko podążały do miejsca, w którym przed chwilą zaznawał spokoju. Niedbałym ruchem otrzepywał swoje szaty. Strój miał w istocie nietuzinkowy: tunika koloru białego, która, uwiązana w pasie krótkim lnianym sznurem, sięgała mu do kolan, oraz okrywająca jego ciało ciemnoróżowa peleryna z atłasu stanowiły całe jego ubranie, nie licząc skromnej biżuterii w postaci paru pierścieni z bursztynem i rubinem, a także wyłączając obuwie, którymi były najzwyczajniesze w świecie sandały.
Nie był zwykłym człowiekiem, bo gdyby nim był, nikt go nie chciałby przecież ścigać.
U podnóża góry zatrzymała się stylowa i urządzona z przepychem karoca, którą ciągnęła para wielkich śnieżobiałych ogierów. Asystował jej oddział składający się z około dziesięciu żołnierzy lekkiej jazdy. Wędrowiec zobaczył także z daleka wolno wlokący się wóz z towarami przykrytymi połataną płachtą, który ciągnął jakiś stary stangret. Gdy orszak stanął, młodzieniec westchnął parę razy i przewrócił oczami do góry. Czuł, że jego idylla nie mogła potrwać zbyt długo. Zaczął schodzić na dół. Doskonale wiedział, kto wybrał się jego tropem. Nie minęło kilka chwil, a już stał w wyniosłej pozie przed swymi „prześladowcami”. Furman trzasnął batem i rumaki przesunęły karetę tak, by drzwi boczne znajdowały się naprzeciwko wyraźnie zniecierpliwionego całym zajściem młodzieńca. Konni utworzyli szeregi po obu stronach karety, tworząc przed wyjściem z niej niewielki, choć na swój sposób dostojny szpaler.
Drzwiczki lekko uchyliły się, ukazując wyskakującego zeń małego tłustego mężczyznę w czarnym płaszczu przypominającym habit. Niezgrabnym ruchem wygramolił się z wnętrza pojazdu, podrapał się w roztargnieniu po kępie rudych kłaków, po czym chwycił za klamkę i kłaniając się aż do ziemi otworzył drzwi. Z panującego w środku mroku wyłoniła się powoli sylwetka bardzo młodej i pięknej dziewczyny, odzianej w delikatne lazurowe szaty z najwyższej jakości jedwabiu. Faliste rozpuszczone włosy spływały jej na ramionach spod sporego srebrnego diademu zdobiącego jej skronie. Z gracją postąpiła w kierunku celu swej pogoni, który uważnie się jej przyglądał. Przez chwilę stali tak w milczeniu, rozmawiając ze sobą jakby w myślach: on dumny i podejrzliwy, zaciskający usta w kreskę, z trudem opanowujący burzę w czaszce i żądzę wolności, ona – beztroska i powabna, uśmiechająca się od ucha do ucha, badająca jego duszę oczami pełnymi słodyczy, wygięta do tyłu z dłońmi skrytymi za plecami i opierająca się na jednej smukłej nóżce.
Dwa odmienne światy spotkały się tu, w konkretnym miejscu i konkretnym czasie, aby wypełniło się ich przeznaczenie… choć jeden z tych światów wolał istnieć z dala od drugiego…

***

W niepewności do następnego wyjątku utrzymał was:
Jan „Dziejopis” Cieślak

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s