Bajka na dobranoc w stylu Burtona. Recenzja filmu „Osobliwy dom Pani Peregrine”

Odmienność, tajemnica, groza i różnego rodzaju fantastyczne postaci ukazane w groteskowy sposób. Wszystko to możemy odnaleźć w debiutanckiej trylogii Ransoma Riggsa pt. „Osobliwy dom pani Peregrine”. Nietrudno jest nam, zatem wyobrazić sobie w roli reżysera, mistrza ukazywania makabry, groteski i czarnego humoru na wielkim ekranie – Tima Burtona. Rezultat jego pracy pozostawia jednak wiele do życzenia.

Na początku zacznijmy od fabuły. Młody i nieśmiały Jake (Asa Butterfield), po tajemniczej śmierci dziadka (skądinąd Polaka), wyrusza na wyspę Cairnholm w Walii. Chłopak chce rozwiązać tajemnicę związaną z domem dziecka, w którym został wychowany bliski mu staruszek. Z pomocą wiecznie młodych przyjaciół swojego dziadka, Jake przenosi się w czasie i odkrywa dom tytułowej pani Peregrine (w roli opiekunki – Eva Green). Opowieści dziadka o dzieciach obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami oraz miejscu znajdującym się poza czasem i przestrzenią okazują się prawdziwe. Chłopak nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że w najbliższym czasie zostanie zmuszony do podjęcia decyzji,  której konsekwencjami będą życie jego, jego nowopoznanych przyjaciół, jak i zmarłego niedawno krewnego.

Niestety, historie mieszkańców tytułowego sierocińca w ogóle nie są rozwinięte. Dzieci istnieją, bo tak wymyślił autor. Nie zostają poruszone kwestie ani tego skąd pochodzą, ani tego, w jaki sposób trafili do przytułku. Jedynymi rozbudowanymi postaciami są Jake i jedna z lokatorek ośrodka – Emma, która inną umiejętność prezentuje w książce, a inną w filmie. Nietrudno jest się domyślić, że między bohaterami z czasem narodzi się nić porozumienia, a następnie uczucie.

Mimo, że fabuła przypomina typową opowieść familijną o dorastaniu i rozterkach młodego człowieka, „wielkiej” miłości głównych bohaterów, czy odwiecznej walce dobra ze złem, nie jest to na pewno film dla każdego. Z jednej strony może się wydawać zbyt dziecinny dla dorosłego widza, natomiast z drugiej może się okazać zanadto brutalny  dla małych dzieci. Rodzic może nie okazać się zbyt szczęśliwy, kiedy jego dziecko obudzi się w środku nocy z płaczem, bo przyśnił mu się potwór wyglądający, jak Slender Man, który za pomocą swoich macek wyżera ludziom gałki oczne. Fanów horrorów muszę opanować. Burton oszczędził krwi swoim widzom, a na miejscu wyrwanych oczu znajdowała się czarna pustka.

Niestety (znowu), ale scenariusz też nie należał do najlepszych. Przez pierwsze 40-50 min. można odczuć, że akcja filmu się nie rozkręca. Cenne minuty pozapychane są dość „osobliwymi” (hehe, takie nawiązanie do tytułu) scenami, jak chociażby rozmowa głównego bohatera z ojcem, po której możemy spokojnie nominować tatę Jake’a do nagrody dla „Ojca roku 2016”. Na szczęście, w drugiej części filmu akcja nabiera tępa, czego efektem jest genialna scena walki między pomagierami głównego antagonisty, a gromadą wychowanków sierocińca na ośnieżonym molo.

Jeśli chodzi o efekty specjalne możemy mieć mieszane odczucia. Mimo, że sama scenografia i kostiumy świetnie tworzyły klimat produkcji, mamy prawo odczuć niesmak po wykorzystaniu maszyny do robienia dymu, jako głównego (jak, nie jedynego) wytworu aury tajemnicy i strachu. Natomiast kontrastem do tego jest  świetne wykorzystanie światła, w celu rozdzielenia czasów współczesnych i lat 40. XX wieku. Dzieło dopełnia nastrojowa muzyka, w tym specjalnie napisana do niego piosenka zespołu Florence And The Machine – „Wish That You Were Here”.

„Osobliwy dom Pani Peregrine” nie jest filmem ani złym, ani specjalnie wybitnym. Tim Burton połączył w nim swoje ulubione motywy : groteskę, grozę, posępność i typowy dla niego czarny humor (niezbyt widoczny w tym wydaniu), za kamerą postawił speca w swojej dziedzinie, Brunona Delbonnela, a przed nią gwiazdy takie, jak : Eva Green, Judi Dench, czy Samuel L. Jackson. Reżyserowi zabrakło jednak odpowiedniego scenariusza. Brak wielowątkowej fabuły i niezdecydowanie Burtona względem odbiorców produkcji jest widoczne w końcowym efekcie. Dla fanów filmów familijno-przygodowo-fantastycznych typu „Harry Potter” jest to pozycja obowiązkowa, a wielbicielom Tima Burtona radzę nabrania dystansu przed obejrzeniem.

Ocena końcowa filmu: naciągane 7/10.

Bartek Matusik

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s