Rozmyty Żeglarz – „Kolumb Odkrywca” [RECENZJA]

(Christopher Columbus: The Discovery; Hiszpania/USA/Wielka Brytania 1992; reż. John Glen; obsada: Georges Corraface, Marlon Brando, Tom Selleck, Rachel Ward, Catherine Zeta-Jones, Benicio del Toro)

W 1992 przypadła 500-letnia rocznica dopłynięcia Krzysztofa Kolumba do nieznanego wcześniej lądu, który – jak do końca swego życia przypuszczał nieustraszony odkrywca – miał być Indiami, krainą pełną bajecznych bogactw. Szybko jednak okazało się – za sprawą przedsiębiorczego Amerigo Vespucciego – że niezupełnie. Prawdziwe odnalezienie drogi morskiej do Indii miało miejsce 6 lat po Kolumbie, zaś to, co czego dokonał sam zainteresowany… skierowało pociąg historii na nowe tory i przyczyniło się do odejścia w zmierzch epoki średniowiecza. Nic więc dziwnego, że po pięciu wiekach dziejów ludzkości nastał czas, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czym w istocie była misja Krzysztofa Kolumba, kim był on sam i jakie jest jego dziedzictwo w dzisiejszym świecie. W tym samym czasie Pokojową Nagrodę Nobla odbierała indiańska aktywistka społeczna Rigoberta Menchu, która w latach 70. i 80. walczyła o obronę praw swych współplemieńców bezlitośnie gnębionych za rządów wojskowej dyktatury w Gwatemali. O ile Stany Zjednoczone zapisały się w historii ludzkości jako potężne i niepokonane supermocarstwo, to jego sąsiedzi – od Meksyku po Chile i Argentynę, wliczając do obu Ameryk wyspy karaibskie – funkcjonowały na marginesie dziejów jako modelowe przykłady antypaństw, przeżarte korupcją i anarchią, kroczących przez wieki od jednego zamachu stanu do drugiego, stanowiących arenę walk między brutalnością bojówek faszystowskich i komunistycznych. Nie wspominając już o tym, że dzisiaj całą tę „ewangelizację kolonizacyjną” przetrwał tylko skrawek ludności indiańskiej.

U progu ostatniej dekady Hollywood postanowiło zarobić na tym publicznym dyskursie i wypuściło aż dwie monumentalne (przynajmniej jak na owe czasy) superprodukcje. Nie wiem, która była pierwsza, wiem jednak, którą lepiej zapamiętano. Ridley Scott i Gerard Depardieu posiadali – jak czas pokazał – znacznie większą siłę przebicia, którą wzmocniła dodatkowo słynna elektroniczna muzyka Vangelisa. No, może jeszcze Sigourney Weaver w epizodycznej roli królowej. Natomiast omawiany przeze mnie rarytas mógł poszczycić się tylko Marlonem Brando w roli inkwizytora Tomasa de Torquemady i inną osobą znaną z „Ojca chrzestnego” – Mario Puzo odpowiedzialnego za scenariusz. No, może jeszcze Catherine Zeta-Jones w epizodycznej roli Beatriz – Kolumbowej kochanicy. Cała ta śmietanka nie zdołała jednak unieśmiertelnić filmu, który popadł w zapomnienie, zyskał mierne oceny wśród krytyków i przez masowego widza został odtrącony jako przeciętny. Czy słusznie? Niestety, trochę tak.

John Glen przyjął konwencję wiernego odtworzenia faktów. Postanowił stworzyć realistyczny obraz ukazujący z pieczołowitą dokładnością (uzupełnioną hollywoodzkimi elementami) historię wyprawy Kolumba od nieudanej audiencji u króla Portugalii aż do zwycięstwa, którym było odkrycie nowego lądu. Nie znam opinii żadnego historyka o tym dziele ani też nie mam zbyt szczegółowej wiedzy o Kolumbie jako zwykłym człowieku, ale dla miłośników nauki Herodota poczują się jak u siebie w domu. Ponieważ ja do takowych się zaliczam, niezmiernie doceniłem warstwę kostiumowo-dekoracyjną filmu, lecz niestety – dla innych osób może on okazać się istną mordęgą. Nieraz reżyser próbował puścić oko do laickiego odbiorcy, co widać w prologu, przypominającym przygody Indiany Jonesa w Egipcie („Poszukiwacze zaginionej arki”); widzimy tam, jak Kolumb samodzielnie rozbraja szajkę bandytów, którzy urządzili na niego zasadzkę. W ogóle już sam wybór aktora świadczył o dostosowaniu filmu do widza masowego, bowiem Georges Corraface (jak to się w ogóle wymawia?!) przypomina swą aparycją Johna Rambo (jak słusznie, acz kąśliwie, zauważył ś. p. Zygmunt Kałużyński). Niestety, te zabiegi niekoniecznie wychodzą „Kolumbowi odkrywcy” na dobre. Postacie kobiece zostały tu potraktowane po macoszemu: Rachel Ward (królowa) razi manierycznym aktorstwem, zaś wątek Beatriz (Catherine-Zeta Jones) umieszczono tylko dlatego, że musiał tam być. Jest nieinteresujący. Marlon Brando mógł wypaść znakomicie, gdyby lepiej rozpisano jego rolę – a tak nie wydaje się być zbytnio przekonujący.

Gdy już zaznajomimy się z pierwszą częścią filmu – czyli tym, jak Kolumb szuka sponsora na swą eskapadę – wsiadamy wraz z genueńskim żeglarzem na pokład Santa Marii i wiatr wieje już z lepszej strony, choć wciąż za wolno i nie bez pewnych przeszkód. Dość nieporadnie poprowadzono tu wątek portugalskich spiskowców, który okazał się zwykłym zapychaczem (albo jak się dzisiaj mówi – fillerem). Chociaż losy rejsu przedstawiono przyzwoicie, to jednak w pewnym momencie poczułem nudę. A gdy już w końcu KK dotarł na wyspę San Salvador… to zanim się obejrzałem, film się skończył. Mam wrażenie, że „Kolumb odkrywca” miał trwać dłużej, ale z braku większego budżetu musieli kończyć i pobyt na nieznanym lądzie trzeba było przyśpieszyć. Czego żałuję, bo przez to kilka ważnych postaci musiało umrzeć w natychmiastowy… a zarazem nieco groteskowy sposób. Jakby tego było mało, to jeszcze dostajemy dwa epilogi – pesymistyczny i optymistyczny, które niezbyt ze sobą współgrają.

Podstawową wadą tego filmu jest jednak to, że… nie ma w nim emocji. Obejrzałem go dwa razy: za pierwszym razem zapamiętałem niewiele, za drugim – niewiele więcej. Jedyna scenę, która zapadła mi w pamięć, to ta, która wywołała bodajże jedyny uśmiech w ciągu całych 2 godzin seansu. Kolumb usiłuje nauczyć chrześcijańskich pieśni Indian, którzy jednak mu się opierają. Tytułowy odkrywca nakazuje im założyć kajdany, a wtedy jeden z nich… wyskakuje z pokładu. Do morza. Tak, są na pełnym morzu, a feralny Indianin na swój sposób pokazuje KK środkowy palec, bezczelnie oddalając się ze statku. Ale to nie wszystko – Georges Corraface pokazuje swój kunszt śpiewacki i zaczyna wywrzaskiwać „Salve Regina! Mater misericordia!”. Facet śpiewa tak pokracznie, że Pierce Brosnan, Colin Firth i Stellan Sarsgaard w „Mamma mia!” to przy nim Kiepura, Iglesias i Caruso. Ta jedna scena ratuje cały film, uwielbiam ją, dlaczego nie ma takich więcej?

Jak już wspomniałem trudno jest zapamiętać ten film. Trudno, bo wszystkie postacie – łącznie z samym Kolumbem – są tylko tłumem statystów, nie mówiących niczego istotnego, całej zaś akcji brakuje wyraźnie duszy. Od strony rzemieślniczej dzieło to prezentuje się naprawdę nieźle, wszystko wydaje się być tu solidnie zrobione – lecz warstwa techniczna nie wystarcza sama w sobie – to dopiero wyobraźnia sprawia, że obcujemy z czymś wyjątkowym. Filmu raczej nie polecam, chyba że wielbicielom „nauczycielki życia” – może będą usatysfakcjonowani.

OCENA: 6,5/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s