„Bond w wersji Marvel” – recenzja „Doktora Strange’a”

Chyba każdy, kto choć raz obejrzał jakikolwiek film lub serial z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej (Ekhem. Wszyscy pomyśleliśmy teraz o Sherlocku. Ekhem) wie, że ten aktor potrafi zrobić „perełkę” z dowolnej roli, w jakiej został obsadzony. Tę jakże zacną tezę (Tylko takie stawiam. Gratuluję osobom, które wyczuły sarkazm) potwierdza udział aktora w kolejnej z kinowych adaptacji komiksowego uniwersum Marvela — Doktorze Strange’u, w reżyserii Scotta Derricksona.

Historia przedstawiona w filmie skupia się na postaci Stephena Strange’a — ekscentrycznego, sarkastycznego, utalentowanego i bardzo pewnego siebie (Komuś przypomina ten opis pewnego, znanego detektywa) chirurga, który po wypadku samochodowym stracił możliwość pełnego kontrolowania swoich dłoni. Każdy, kto zobaczył ów samochód, wie, dlaczego nazwałem Strange’a Bondem. Mężczyzna załamuje się i wydaje wszystkie swoje pieniądze (a trochę ich było) na kosztowne operacje z nadzieją, że odzyska władzę w palcach. Niestety, operacje i ciężka rehabilitacja nic nie dają. Wszystko zmienia się, kiedy doktorek dostaje informacje od cudownie uleczonego pacjenta. Zostaje przez niego wysłany do Tybetu, gdzie udaje mu się rozpocząć szkolenie magiczne.

 Teraz uwaga! Zgadnijcie, co mogło się stać. Jeśli ktoś z Was obstawiał, że doktor cudownie ozdrowiał, to naprawdę nie jesteście dobrzy w te klocki. Oczywiście, jak w każdym typowym filmie fantasy, musiała pojawić się przedwieczna, zła istota, która chce zniszczyć nasz świat. Na pewno się tego nie spodziewaliście.

Doktor Strange jest również przykładem świetnie zrobionych i wykorzystanych efektów specjalnych. Różnorodne sceny walki, magiczne umiejętności oraz równoległe światy zostały przedstawione w tym filmie bardzo realistycznie (O tyle, o ile realistyczna może wydawać się bijąca, lewitująca peleryna). Profesjonalne podejście do sprawy okazało się bardzo widowiskowe i przyciągające uwagę.

W przypadku tego filmu trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Humor, który się w nim pojawia, jest prawdziwym majstersztykiem. Komizm postaci głównego bohatera, jego sarkazm i cięte uwagi (Prawie takie, jak moje) są w stanie rozbawić niemal każdego widza. Z tego miejsca należą się ponowne gratulacje dla Benedicta Cumberbatcha za świetne ukazanie poczucia humoru głównego bohatera. W produkcji pojawia się jeszcze wiele żartobliwych scen, ale pozwolę je Wam samodzielnie odkryć.

Dlaczego samodzielnie? Ponieważ z pełną odpowiedzialnością polecam Wam Doktora Strange’a. Jest to kino humorystyczne, pełne genialnych efektów specjalnych. Po wyjściu z seansu zabrakło mi języka w gębie (A uwierzcie mi, to rzadkość). Tak więc, jeszcze raz polecam. Końcowa ocena filmu: 10/10.

Bartek Matusik

P.S. Na koniec filmu pojawiają się AŻ dwie scenki zapowiadające dwa nowe filmy Marvela! Czekam z niecierpliwością.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s