Letnia miłość i brzoskwinie

Czy byliście kiedykolwiek zakochani? Nie chodzi mi o wodzenie smutnym wzrokiem za chłopakiem z wyższej klasy, czy robienie maślanych oczu do dziewczyny z korków z matematyki. Mówię o tym momencie, kiedy zdaliście sobie sprawę, że osoba przed wami może znaczyć coś więcej, uczucie, które pojawia się w głębi, którego nie możecie wyjaśnić. I nie, przysłowiowe „mieć motyle w brzuchu” nie wystarcza. Jest to coś o wiele bardziej subtelnego, pozazmysłowego i niezrozumiałego. Miłość w najczystszej postaci tego słowa.

Tamte dni, tamte noce (ang. Call Me By Your Name) jest filmem właśnie o tym. O zauroczeniu, które przeradza się w miłość i towarzyszącemu mu bólowi, i zdezorientowaniu, ale również o relacji, która to wszystko wynagradza. Pokazujący zarówno uczucie i próbę zrozumienia go, jak i proces odkrywania samego siebie.

Tak, film opowiada o dwóch mężczyznach, którzy się w sobie zakochują. Jednak spłycanie go do tego jednego, prostego zdania nie odda, czym jest on naprawdę. Ja wolę skupić się na zapierających dech w piersi ujęciach, cudownej grze aktorskiej, czy muzyce, która przenosi nas w sam środek akcji. Oglądając go, możemy poczuć się jakbyśmy byli w słonecznych Włoszech lat 80. Piękna pogoda, wolność i zapach świeżych owoców. Luca Guadagnino dokonuje czegoś niesamowitego, tworząc atmosferę, która burzy jakąkolwiek barierę między filmem a widzem.

Tym, co na pewno pomaga w imersji, jest gra aktorska. Timothée Chalamet i Armie Hammer tworzą genialny duet. Dawno nie widziałem takiej chemii między aktorami. Hammer w końcu dostał rolę, w której może pokazać swoje umiejętności aktorskie i wychodzi mu to wyśmienicie. Postać Olivera, trochę aroganckiego, amerykańskiego zawadiaki jest prawdziwa i wręcz namacalna. Jest zabawny i otwarty, jak na Amerykanina przystało, kompletnie odstaje od pozostałych postaci, wzbudzając przez to pewne zaskoczenie i nawet niechęć. Z biegiem filmu zauważamy jednak pełną postać, wolnego ducha, który jednak ma już jakieś doświadczenie życiowe. Korzysta z pięknych chwil, jednak jest świadomy konsekwencji. Stanowi pewien symbol rzeczywistości, nie daje się zatracić w przyjemnościach – wie, że te wspaniałe wakacje kiedyś się skończą.

Z drugiej strony jest Timothée Chalamet, który gra młodego Elio. Chłopak jest bez dwóch zdań odkryciem roku i już teraz mogę stwierdzić, że jeszcze wiele razy o nim usłyszymy. Tak prawdziwego i surowego aktorstwa dawno nie widziałem. Pokazanie bohatera, który nie dość, że się zakochuje, to jeszcze odkrywa swoją seksualność, na pewno nie należy do prostych zadań. Chalamet robi to z taką finezją, dokładnością i wiarygodnością, że każdy odnajdzie w nim siebie. Nie ważne czy masz 17, czy 70 lat. Postać Elio wyciągnie z ciebie te pierwotne uczucia, ten moment pierwszego zakochania się, młodzieńczej wolności i naiwności. Ponieważ chłopak czerpie z każdego momentu z Oliverem, żyje w chwili, nie dopuszczając do siebie tego, że wakacje muszą się kiedyś skończyć.

To jest właśnie największą zaletą filmu. Jest niezwykle życiowy i prawdziwy. Zderzenie młodości i wszystkich zalet z nią związanych z rzeczywistością. Można się na nim cieszyć, jak i smucić, ponieważ takie jest właśnie życie. Nie zawsze jest sielankowe i błogie, czasem nie wszystko idzie tak, jakbyśmy tego chcieli. Jednak najważniejsze jest to, żeby cieszyć się z tych wspaniałych momentów, ponieważ wspomnienia o nich są najcenniejsze.

Kacper Całka

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s